czwartek, 30 kwietnia 2015

Książkoholizm a nieprzystosowanie społeczne



Link do fajnej strony na fb, z której zapożyczyłam zdjęcie (mam nadzieję, że się nie pogniewacie)


Natrafiłam na powyższej stronie na dziwny tekst o powodach, dla których kiedyś uważano czytanie książek za coś złego. Nie ogarniam :)



a poniżej jeden z nich :D

3. Nadmierne czytanie dla rozrywki prowadzi do nieprzystosowania w normalnym życiu.
„Pochłaniacz powieści rzadko ma chęć na cokolwiek innego. Aby dobrze wypełniać swój obowiązek, musimy skupić na nim nasze myśli i zainteresować nim nasze umysły. Serce i ręce muszą działać razem, inaczej ręce szybko się zmęczą i będą wykonywać swoją pracę marnie. Jakie powodzenie może mieć student, który trzyma podręczniki przed rozmarzonymi oczyma, podczas gdy jego myśli są przy niedokończonym romansie na jego biurku? Jak córka może znaleźć radość z pomocy w dźwiganiu ciężaru domowych trosk, podczas gdy jej umysł krąży wokół pysznej historii miłosnej, w której zatraciła swoją tożsamość z powodu fascynacji Lady Jakąśtam, z czterema zdesperowanymi rywalami do jej ręki?”

Coś w tym jest... Hmm, czyli to dlatego jestem nieprzystosowana do życia z ludźmi! :D
Piszę sobie listę ulubionych książek z Rozwojownika i mam problem. Ciężko mi wybrać. Wielu tytułów już nie pamiętam, mimo iż książki mocno mną wstrząsnęły. Czasem lubię przeczytać coś mocnego, niby prawdziwe historie typu: Mark Johnson Spisany na straty albo inne historie o krzywdzonych dzieciach. To mi przypomina, że nie miałam w życiu tak źle. W porównaniu to nawet mogę powiedzieć, że miałam idealne życie. Takie książki faktycznie nie dają mi normalnie funkcjonować. Kiedyś nawet zakupiłam egzemplarz wspomnianej książki po to, żeby pożyczać ją ludziom. Zrobiłam to raz i już nie odzyskałam, gdyż koleżanka wyjechała za granicę. Książkę Ani Jak stać się szczęśliwym człowiekiem też zakupiłam w sumie w takim celu i póki co od mniej więcej dwóch miesięcy jest u koleżanki z podstawówki :)
Zdarza się, że czytam jakiś romans, co bardzo dziwi ludzi wokół i lubię kilku popularnych autorów piszących dla tłumu (ale jak to??? ja i romans???). Kiedyś nawet raz przeczytałam Harlequin jakiś bo chłopak polecał, jego babcia się zachwycała... nie muszę wspominać, że już z nim nie jestem od lat? :)
Na ogół wybieram coś jakby kryminał z wątkiem romansu w tle ale nie jako główna historia. Kocham Lisę Gardner, wszystko co napisze jest idealne - w internetach znana jako mistrzyni suspensu. Pierwsze co mi wpadło w ręce jej autorstwa to Pożegnaj się. Miazga. 

Moja pierwsza impreza w życiu, taka poza domem bez rodziców była w wieku 5 lat i odbyła się w bibliotece! :) Przebrana za Czerwonego Kapturka w ulubionej sukience, tańczyłam wśród książek. Coś pięknego... Byłam już chyba wtedy zapisana ale czytałam słabo. Mama naciskała na naukę pisania, więc szantaż: ja się nauczę pisać w wieku 5 lat a ona przeczyta mi Baśnie Andersena. Dzięki temu w wieku 8 lat kupiłam sobie sama słownik ortograficzny i czytałam w wolnych chwilach a potem dostawałam 5 z dyktanda i nie wiedziałam jak można nie znać ortografii. Teraz mi się zapomniało... Czytałam dużo ale lektury szkolne omijałam szerokim łukiem, zrobiłam wyjątek dla kilku. Dzieci z Bullerbyn i Ania z Zielonego Wzgórza :)

Potem w gimnazjum z koleżankami zrobiłyśmy rundkę pewnej książki, czytałyśmy Klub niewiniątek.
Miałam szczęście uczyć się w podobno najlepszym gimnazjum w okolicy, więc biblioteka też była dobrze zaopatrzona. Wybierałam coś w stylu Miłość dzielona na 2 i znany wszystkim Pamiętnik księżniczki

Szkoła średnia to dla mnie trudny okres czytelniczy. Moda na wampiry zaowocowała 16 punktami z matury za temat "Wampiryzm w literaturze i filmie". Zmierzch ogarnęłam jakoś w tydzień (cała serię) leżąc na podgrzewanej podłodze w łazience (tak, miałam wtedy dom i takie tam bajery). Pamiętniki wampirów oglądam do dzisiaj.
Lubiłam też anioły. Sama nawet pisałam opowiadania o aniołach. Głównie na niemieckim, w końcu to taki poetycki język. Dramaty nastolaty... 

W międzyczasie było wszystko. My, dzieci z dworca ZOO, poradniki typu Sekrety mężczyzn (aż tak!) dzięki, którym w bardzo skomplikowany sposób oznajmiłam prostemu facetowi, że nie chcę go więcej widzieć - rysując tabelkę i przypisując punkty (nie moja wina, że miał ich mało). Podobno teraz jestem niezrównoważona ale odwołanie się do filozofii epikurejskiej aby wyjaśnić YOLO (czyli dlaczego nie chce się angażować) było niczym w porównaniu ze wspomnianą tabelką. 
Dużo tego. Nie dziwne, że wszystkiego nie pamiętam dlatego rozwojownik uważam za częściowo wykonany w internetach. Wrzuciłam trochę linków z lubimyczytac.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bez hejtów, bez spamu. Po co ci to?
Jestem początkująca, więc mało jeszcze ogarniam aczkolwiek wyłączyłam weryfikację obrazkową, żeby nie denerwować tym ludzi :)
Jak masz jakieś cenne porady to chętnie się z nimi zapoznam i być może zastosuję.